Jak większość afro-dominikanek z kręconymi włosami, gdy dorastałam, miałam skomplikowany związek z włosami. Społeczeństwo uwielbia mówić, że czarne dziewczyny nienawidzą swoich włosów, ale dzieje się tak głównie dlatego, że nie zachęca się nas do ich kochania ani akceptowania, przynajmniej w kulturze dominikańskiej.
Już od moich pierwszych urodzin moje loki były proste, bez widocznej ani jednej fali ani spirali. Moja młodsza siostra i ja mieliśmy loki, które wiele osób w społeczności dominikańskiej uznałoby za bardziej miękkie i łatwiejsze do układania. A jednak, nawet przy tym postrzeganym przywileju, nasze pasma były nadal grubsze i bardziej pracochłonne niż delikatniejsza konsystencja naszej matki. Z mniej więcej 73 procent populacji Dominikany ma mieszane pochodzenie i teksturowane włosy są normą. Ale presja, aby zachować prostotę, była prawdziwa. Tak więc, podobnie jak wiele matek dominikańskich, moja zrobiła, co wiedziała: wyprostowała nam włosy, abyśmy wyglądali „przystojnie”.
Przez większość mojego życia bałam się dnia prania – którym przez lata była sobota wczesnym rankiem. Moja mama zwijała nasze włosy w rolki podczas typowego dominikańskiego prania i układania, a potem kazała nam siedzieć pod naszą domową suszarką z kapturem – każde dominikańskie gospodarstwo domowe ją miało. Siedzieliśmy tam przez około godzinę, z wrażliwymi głowami i uszami, praktycznie spalonymi od żaru, zawsze ustawionymi na najwyższe ustawienia. Wyciągała wytrzymałą okrągłą szczotkę i suszarkę w stylu salonowym (taką, jaką można znaleźć tylko w sklepie z artykułami kosmetycznymi) i zabierała się do wydmuchiwania naszych greñas – kręconych korzeni.
Noszenie kręconych włosów nigdy nie wchodziło w grę – chyba że było lato lub w dni, w których mieliśmy lekcje pływania w YMCA (horror na inny dzień). Nawet wtedy mamusia rzadko pozwalała nam rozczesywać loki, głównie dlatego, że nie mogła znaleźć produktów, które by sobie z nimi poradziły. W te „kręcone dni” nasze włosy były zwykle spięte w ciasny kucyk lub warkocze albo ułożone w dwa warkocze. Wiadomość, którą przyjęłam wcześnie – zarówno od mojej rodziny, jak i otaczającego mnie świata – była taka, że moje włosy stanowią problem. Coś, co należy kontrolować, ukrywać i stale oswajać.
Wiadomość, którą przyjęłam wcześnie – zarówno od mojej rodziny, jak i otaczającego mnie świata – była taka, że moje włosy stanowią problem.
Zanim poszłam do gimnazjum, mamusia dała mi jasno do zrozumienia, że jeśli chodzi o układanie włosów, jestem zdana na siebie. To były jedne z moich najgorszych dni z włosami – bez względu na to, jak bardzo się starałam i ile stosowałam serum przeciw puszeniu się Johna Friedy, nigdy nie udało mi się uzyskać jedwabistego, prostego wykończenia, jakie zawsze udawało się mojej mamie. Nie odziedziczyłam magicznego ruchu nadgarstkiem, z którym rodzi się większość dominikańskich kobiet. Moje wytryski w domu były tak kędzierzawe, że wyglądało to, jakbym nawiązywał kontakt z Dianą Ross.
W szkole średniej miałam już dość dokuczania mi za to, że wyglądam jak niezły bałagan. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, zrobiłam sobie brwi i zaczęłam odkładać część kieszonkowego na wizyty w salonie Dominikany w każdą sobotę rano. Za 20–25 dolarów wyszłabym z tak gładkimi włosami, że moi przyjaciele przysięgali, że mam środek relaksujący.
Jak na ironię, mamusia miała jedną twardą granicę, jeśli chodzi o moje loki: żadnych chemikaliów. Uważała, że moja konsystencja jest zbyt miękka i delikatna na produkty relaksacyjne – i okazało się, że miała rację. Kiedyś dostałem za jej plecami odprężacz w salonie dominikańskim, już po pierwszym myciu włosy wypadły mi kępkami. Kiedy się o tym dowiedziała, nakrzyczała na mnie. To był kolejny przykład sprzecznych przekazów, z którymi dorastałam, dotyczących piękna, tożsamości i wartości, jaką przywiązuję do moich włosów.
Rytuał odwiedzania dominikańskiego salonu fryzjerskiego w każdą sobotę trwał aż do trzydziestki. Czy pada deszcz, czy świeci słońce, nieważne, w której dzielnicy mieszkam, o świcie byłam w salonie z torbą pełną moich ulubionych dominikańskich zabiegów na włosy. Nie dlatego, że salony ich nie posiadały, ale dlatego, że korzystanie z ich własnych produktów zawsze wiązało się z dodatkową opłatą.
Moje zaangażowanie w salon dominikański zawsze było trudne do wyjaśnienia moim przyjaciołom, którzy nie są dominikanami i nie są czarnymi. Wydawało im się to próżne, a nawet przytłaczające – rytuał piękna, którego nie mogli w pełni zrozumieć. Nie mieli pojęcia, co to znaczy dorosnąć, gdy powiedziano im, że włosy, które naturalnie wyrastają z głowy, nie wystarczą – nie są wystarczająco ładne, niewystarczająco reprezentacyjne, niewystarczająco profesjonalne. Często mówiono mi, że mam „obsesję” na punkcie swoich włosów, zwykle przez te same osoby, które odwracały się i mówiły, że wyglądam lepiej z zaczesanymi włosami niż z naturalnymi lokami. Idź, pomyśl. Biała supremacja jest naprawdę podstępna.
Często mówiono mi, że mam „obsesję” na punkcie swoich włosów, zwykle przez te same osoby, które odwracały się i mówiły, że wyglądam lepiej z zaczesanymi włosami niż z naturalnymi lokami.
Salon Dominikański był dla mnie miejscem głęboko konfliktowym. Z jednej strony było to jedyne miejsce, gdzie kobiety wyglądające jak ja i mające takie same włosy jak moje naprawdę wiedziały, jak dbać o moje pasma. Była to także strefa wolna od wyroków. Nikt nie kwestionował, dlaczego byłeś tam w każdy weekend ani dlaczego wydawałeś pieniądze na pogoń za gładkimi, wypolerowanymi włosami.
Kiedy nie zaprzyjaźniałam się z innymi dziewczynami pod suszarkami, wyładowywałam swoje życie przed moją peluquerą (stylistką) lub zajadałam się domowymi empanadami od miejscowej pani z empanadami, która zawsze przychodziła z ciepłą cafe con leche w piankowych kubkach. Często wychodziłam też z drobnymi dodatkami — kolumbijskimi dżinsami po bardzo przecenionych cenach (które były modne, gdy byłam nastolatką), majtkami Victoria's Secret lub jakąś błyszczącą sztuczną biżuterią.
Dla takiego dzieciaka, który nie sabo, jak ja – wychowywanego przez dominikańskich rodziców, którzy wyemigrowali do Nowego Jorku w latach 70. i nie zawsze nadążali za muzyką wydobywającą się z wyspy – salon stał się czymś więcej niż przystankiem piękności. To była moja kulturalna klasa. To tam odkryłam najnowsze merengue i bachatę, ćwiczyłam hiszpański i pracowałam nad dominikańskim akcentem. Nieważne, jak długo czekałam, zawsze wychodziłam z salonu czując się trochę bardziej dumna z tego, że jestem Dominikaniną.
Jednak pomimo tego, że salony dominikańskie miały charakter społecznościowy, niosły ze sobą wiele negatywnych komunikatów na temat tego, co odziedziczyliśmy. Ściany często zdobiły plakaty przedstawiające białe kobiety o prostych włosach, które w niczym nie przypominały klientek, a szafki były zaopatrzone we wszystkie marki kosmetyków relaksacyjnych, jakie tylko można sobie wyobrazić. W zależności od tego, kto tego dnia robił mi fryzurę, jadłem „pelo bueno” lub „pelo malo”. Dla dominikańskiej stylistki z naturalnie prostymi lub falowanymi włosami moje loki były „złe”. Ale dla stylistki z węższymi lokami – która polegała na środkach rozluźniających lub zabiegach keratynowych, aby utrzymać włosy proste – miałam „dobre włosy”. Tak czy inaczej, przesłanie było jasne: moje włosy wymagały wyprostowania.
Mieszkając w całym Nowym Jorku – od Queens po Brooklyn, a nawet Uptown – prawdopodobnie odwiedziłem więcej salonów dominikańskich, niż jestem w stanie zliczyć. Mógłbym szczerze napisać książkę na podstawie zebranych przeze mnie historii. W pewnym momencie znalazłam nawet kilka ukrytych w Midtown, blisko mojej pracy, na imprezy organizowane w ostatniej chwili, gale lub sesje kosmetyczne. Nie miało znaczenia, ile czasu i pieniędzy mnie to kosztowało – dla mnie jako dominikanki wygląd świeży aż do śmierci był zawsze priorytetem.
Mieszkając w całym Nowym Jorku – od Queens po Brooklyn, a nawet Uptown – prawdopodobnie odwiedziłem więcej salonów dominikańskich, niż jestem w stanie zliczyć.
Dopiero około 2017 roku w końcu zdecydowałam się na prawdziwą przerwę od salonu – i w ogóle od gorących narzędzi. Już na studiach podejmowałam kilka prób zapuszczenia swoich loków, ale brak środków i wysokiej jakości produktów zawsze spychał mnie z powrotem do komfortu salonu dominikańskiego.
Jednak do tego czasu sytuacja uległa zmianie. Rosnąca społeczność Latynosów z kręconymi włosami — prowadzona przez pionierskich Afro-Latynosów — dzieliła się wskazówkami i recenzjami produktów, a nawet wprowadzała na rynek własne linie pielęgnacji loków. Mniej więcej w tym czasie poznałem moją już dobrą przyjaciółkę Karolinę Contreras, znaną również jako Pani Curls , która właśnie otworzyła swój pierwszy salon fryzjerski na Dominikanie i przez pewien czas prowadziła lokal w Washington Heights.
Od tego czasu kręcę moimi długimi, naturalnymi lokami – bez żalu i planów zawrócenia. W rzadkich przypadkach, gdy dostaję wylewu (może raz lub dwa razy w roku), odliczam dni, zanim będę mógł to zmyć i wrócić do moich loków.
Mimo to, w miarę jak coraz więcej salonów dominikańskich w Nowym Jorku zamyka się pod ciężarem rosnących czynszów, brakuje mi poczucia wspólnoty, jakie kiedyś oferowały. Chociaż popyt się zmienił – coraz więcej z nas preferuje nasze naturalne tekstury – potrzeba nie zniknęła całkowicie. Wiele z nas nadal polega na salonach w zakresie koloryzacji, cięć, zabiegów i okazjonalnych, nieniszczących wyprysków.
Marzę o salonie dominikańskim, który obejmuje wszystko: strzyżenie loków, stylizację ochronną, głębokie zabiegi i tak, klasyczne mycie i układanie – zakorzenione w intencji ochrony i pielęgnacji naszych loków. Wierzę, że tylko w ten sposób salon dominikański może naprawdę ewoluować i przetrwać. W międzyczasie będę z dumą machać swoimi lokami.
Johanna Ferreira jest dyrektorem ds. treści w 247CM Juntos. Dzięki ponad 10-letniemu doświadczeniu Johanna koncentruje się na tym, jak tożsamości intersekcjonalne stanowią centralną część kultury latynoskiej. Wcześniej przez prawie trzy lata była zastępcą redaktora naczelnego HipLatina i pracowała jako freelancer dla wielu magazynów, w tym Refinery29, magazynu Oprah, Allure, InStyle i Well Good. Moderowała także i wypowiadała się w licznych panelach poświęconych tożsamości latynoskiej.