
Zdjęcie: Columbia Pictures/Getty Images
Zdjęcie: Columbia Pictures/Getty Images
W „Seksie w wielkim mieście” Charlotte słynnie sugeruje pozostałym kobietom w grupie: „Może moglibyśmy być dla siebie bratnimi duszami? A wtedy moglibyśmy pozwolić mężczyznom być po prostu tymi wspaniałymi, miłymi facetami, z którymi można się dobrze bawić. To zdanie zawsze mocno do mnie przemawiało – nawet gdy usłyszałem je po raz pierwszy, gdy miałem dwadzieścia kilka lat, kiedy byłem w długotrwałym związku. Myślę, że prawdopodobnie dlatego Samanta była moją ulubioną postacią w serialu. Nie dlatego, że spała, ale dlatego, że nigdy nie skupiała swojego życia na romantycznych związkach. W świecie Samanty Samanta była na pierwszym miejscu. Na początku XXI wieku było to radykalnie feministyczne podejście do życia, a dziś w końcu przyjmują je kobiety.
W ciągu ostatnich kilku lat dużo szumu wokół idei „decentralizacji mężczyzn” lub odejścia od chłopak trzeźwy .' Wiele celebrytów – w tym Emily Ratajkowski, Julia Fox, Kate Hudson i Drew Barrymore – otwarcie wypowiadało się na temat swojej decyzji o wycofaniu się z randek z mężczyznami. Trend ten zyskał jeszcze większą uwagę dzięki ruchowi 4B w Korei Południowej, radykalnej inicjatywie feministycznej, w ramach której kobiety zobowiązują się nie umawiać na randki, nie wychodzić za mąż, nie mieć dzieci ani nie angażować się w intymność seksualną z mężczyznami. Nazwę 4B można w zasadzie przetłumaczyć jako „cztery nos”.
Choć tendencja do decentracji mężczyzn w Stanach Zjednoczonych nie osiągnęła takiego samego poziomu jak w Korei Południowej, wiele Amerykanek korzysta z takich rzeczy, jak przerwy na randki czy celibat jako odpowiedź na mizoginię i patriarchat. Niekoniecznie wyrzekają się całkowicie związków z mężczyznami, ja też nie. Moja decyzja, by nie skupiać się na seksie i romantycznej miłości, nie dotyczy tylko mężczyzn. Chodzi raczej o moje przekonanie, że życie staje się o wiele bardziej wzbogacające, jeśli nie skupiamy się wyłącznie na randkach, seksie i znalezieniu romantycznego związku. To trochę jak powiedzenie: „Kiedy nie szukasz miłości, ona cię znajdzie”. Bardzo w to wierzę.
Nie była to jednak decyzja najłatwiejsza pod względem kulturowym. Jestem najstarszą córką i dzieckiem dwojga imigrantów z Dominikany. Pochodzę z kultury, która nie tylko bardzo ceni rodzinę, często skupiając wszystko wokół familisimo, ale także bardzo skupia i celebruje mężczyzn. Od najmłodszych lat małe dziewczynki uczone są dbałości o swój wygląd, że najważniejsze, czym możemy być, to być ładne. Pamiętam, że jako dziecko członkowie mojej dalszej rodziny nieustannie chwalili moje duże piwne oczy, moje długie, gęste rzęsy i moje długie, ciemne włosy.
Jestem najstarszą córką i dzieckiem dwojga imigrantów z Dominikany. Pochodzę z kultury, która nie tylko bardzo ceni rodzinę, często skupiając wszystko wokół familisimo, ale także bardzo skupia i celebruje mężczyzn.
Ale zawsze powtarzam, że nie byłabym osobą, którą jestem dzisiaj, gdyby nie to, że miałam rodziców, którzy pomimo tego, że jako dzieci byliśmy bardzo surowi, nigdy nie oczekiwali, że ja i moje rodzeństwo pobierzemy się i będziemy mieli dzieci. Nigdy, przenigdy nie czułem z ich strony takiej presji. W domu często głoszono o zdobywaniu wykształcenia, budowaniu kariery i budowaniu relacji z Bogiem. Nawet teraz, gdy mam 39 lat, tata wciąż przypomina mi, że mój przyszły partner przyjdzie w Bożym czasie i że nie powinnam się nad tym zbytnio zastanawiać. Często mi mówi, że fakt, że nie jestem mężatką i nie mam dzieci, nigdy nie sprawił, że był ze mnie mniej dumny. Jeśli już, mówi, że jest dumny z tego, jak dobrze zbudowałam swoje życie samodzielnie i jak pozostałam wierna sobie, nie osiedlając się.
Nie wszyscy w mojej dalszej rodzinie postrzegają sprawy tak samo, jak moi rodzice. Ale myślę, że ponieważ wiele z moich tiów wyszło za mąż i urodziło dzieci w bardzo młodym wieku – głównie po dwudziestce – ja też nigdy nie doświadczyłam „Y tu novio?”. presja, przed którą stoi wielu Latynosów. Przyznaję, że nie jest to doświadczenie większości Latynosów, choć chciałbym, żeby tak było.
Jedyną osobą, która nie mogła się doczekać, aż w końcu wyjdę za mąż, zwłaszcza po zerwaniu zaręczyn z prawie 10-letniego związku, gdy miałam dwadzieścia kilka lat, była moja Abuela Celeste. Ale nawet ona w końcu pogodziła się z faktem, że nie zamierzam wchodzić w związek tylko po to, by skreślić małżeństwo i macierzyństwo z listy kamieni milowych.
Dorastanie w domu, w którym moi rodzice naprawdę się kochali i szanowali, gdzie byliśmy stabilni finansowo i gdzie moja mama miała ten luksus, że mogła zostać mamą nie pracującą w domu, nauczyło mnie, że nic z tego nigdy by mi nie wystarczyło. Postrzegam małżeństwo jako bonus, a nie cel – coś, czego mogę doświadczyć, jeśli będę miała szczęście spotkać idealnego partnera w tym życiu. Jeśli chodzi o macierzyństwo, to rozważę je tylko wtedy, gdy spotkam odpowiednią osobę, bo będę chciała dzielić z nią tę przygodę. Ale jeśli ta osoba nigdy się nie pojawi lub jeśli pojawi się, gdy nie będę już mogła mieć dzieci, nie będę miała poczucia, że coś przegapiłam.
Postrzegam małżeństwo jako bonus, a nie cel – coś, czego mogę doświadczyć, jeśli będę miała szczęście spotkać idealnego partnera w tym życiu.
Po zakończeniu związku, który trwał prawie całe moje dwadzieścia kilka lat, od 19 do 28 lat, trudno mi było podejść do randek w taki sposób, w jaki robi to obecnie świat, z aplikacjami randkowymi i szybkimi randkami. Wszystko to wydawało mi się wymuszone i desperackie. Jednak dotychczasowa presja i ciągłe przypomnienie, że mój zegar biologiczny tyka, zawsze były powodami, dla których się tam wybrałam. Dlatego od czasu do czasu korzystam z aplikacji randkowych takich jak Bumble czy Hinge. To jedyny powód, dla którego poszłam na drugą, a nawet trzecią randkę z tym „miłym facetem”, do którego nie miałam ochoty się spotykać ani odpisywać. Dlatego przeciągałam wszystko przez trzy miesiące, zamiast kończyć po trzech randkach, nawet gdy widziałam mnóstwo sygnałów ostrzegawczych lub wiedziałam, że nigdy nie poczuję do drugiej osoby tego, co ona wyznała, że czuje do mnie. Poczułam się, jakbym była zobowiązana zrobić to jako kobieta po trzydziestce.
Ale o to chodzi: randkowanie może być wyczerpujące. To wymaga czasu i energii. Aplikacje są pełne toksycznych zamachowców miłosnych przebranych za „potencjalnych”. Rozważałbym ich pomysł, ponieważ wmawiałbym sobie, że skoro wykonuję „pracę” polegającą na wystawieniu się na działanie, to muszę manifestować te opcje. W rzeczywistości ci mężczyźni jedynie zabierali czas i energię, nieustannie projektując na mnie swoje oczekiwania dotyczące tego, jak chcą być kochani. Ale bardziej naturalne lub organiczne połączenie pojawiało się zwykle, gdy randkowanie było ostatnią rzeczą, o której myślałem. Zauważyłem też, że regularne randkowanie czyniło mnie poważnym cynikiem, podczas gdy gdy nie skupiałem się na tym, byłem o wiele bardziej zachęcający i otwarty na to.
Większość moich bliskich przyjaciół poznałam w okresach, kiedy randkowanie było dla mnie zupełnie nie na miejscu, kiedy byłam otwarta na prawdziwą przyjaźń i więź. W mojej książce wszystkie te punkty liczą się jako zwycięstwa. Kiedy przestałam pozwalać społeczeństwu wywierać na mnie presję „zegara biologicznego”, zaczęłam czuć się znacznie bardziej komfortowo, akceptując dłuższe okresy celibatu i nie randkując. A kiedy w końcu zamroziłam jajka, uspokoiła mnie świadomość, że gdybym miała spotkać kogoś wyjątkowego teraz lub po czterdziestce, mogłabym przynajmniej rozważyć macierzyństwo.
Dla mnie zmniejszenie priorytetu randek jest podobne do tego, jak wiele dzisiejszych kobiet decentruje mężczyzn. Oznacza to po prostu stworzenie przestrzeni, w której mogę skupić się na sobie, zamiast zawsze (świadomie lub podświadomie) próbować spotkać właściwą osobę.
Dla mnie zmniejszenie priorytetu randek jest podobne do tego, jak wiele kobiet obecnie decentruje mężczyzn. Oznacza to tylko, że mam przestrzeń, w której mogę postawić siebie na pierwszym miejscu, zamiast skupiać wszystko – podświadomie lub nie – na spotkaniu ze swoją osobą.
Ludzie pytają mnie, dlaczego nie przeprowadziłam się do Europy ani nie rozpoczęłam koczowniczego życia, skoro jestem otwarta na to, że nie znajdę swojej osoby i nie będę mieć dzieci. I mówię tym ludziom, że nie muszę przeżywać przygody pod hasłem „Jedz, módl się, kochaj”, aby pogodzić się z faktem, że moje życie wciąż w dużej mierze koncentruje się wokół mnie. Część zabawy polega po prostu na spokoju psychicznym. Nie mam żadnych obaw, czy kiedykolwiek spotkam miłość swojego życia. Stale też pracuję nad sobą, czy to poprzez terapię, czy coaching – głównie dla mnie, ale także po to, aby pomóc mi pokazać się jako najlepsza wersja siebie w każdym związku, niezależnie od tego, czy jest to rodzina, przyjaciele, czy potencjalny partner.
Szkoda, że nie żyjemy w świecie, którego nie definiują pary i rodziny. Nie oskarżało to kobiet takich jak ja o zgorzknienie, pogardę lub traumę tylko dlatego, że wolimy spędzać czas na spa lub spotykać się z przyjaciółmi, niż przeglądać profile w aplikacjach randkowych lub umieszczać się w miejscach, w których jest większe prawdopodobieństwo spotkania potencjalnego partnera. Szkoda, że nie żyjemy w świecie, w którym celibat jest szanowany tak samo jak kultura seksu, i gdzie wybory kobiety dotyczące sposobu spędzania czasu nie są niczyją sprawą, tylko jej własną. Życzę też, aby każda młoda Latynoska nigdy nie czuła, że jej wartość musi być uzależniona od tego, czy ma mężczyznę.
Johanna Ferreira jest dyrektorem ds. treści w 247CM Juntos. Dzięki ponad 10-letniemu doświadczeniu Johanna koncentruje się na tym, jak tożsamości intersekcjonalne stanowią centralną część kultury latynoskiej. Wcześniej przez prawie trzy lata była zastępcą redaktora naczelnego HipLatina i pracowała jako freelancer dla wielu magazynów, w tym Refinery29, magazynu Oprah, Allure, InStyle i Well Good. Moderowała także i wypowiadała się w licznych panelach poświęconych tożsamości latynoskiej.